Relacja z wyjazdu do Brukseli

 

1 czerwca, sobota, godz. 18:20

I stało się! Właśnie wyruszamy w podróż do Brukseli, już nie mogę się doczekać. Siedzę obok Martyny i obserwuję zmieniający się za oknem krajobraz. Uff, jakie to nużące, a to dopiero początek. Miejsce w autokarze mamy super!

2 czerwca, niedziela, godz.11:30

Nareszcie jest! Upragniony od kilkunastu godzin znak- Belgium. Właśnie przekroczyliśmy granicę i za kilka godzin powinniśmy być u celu.

2 czerwca, niedziela, godz.14:00

Właśnie dotarliśmy do hotelu. Mamy teraz półtorej godziny dla siebie. Wchodzimy z Martyną i Majką do pokoju i nasze oczy od razu wędrują w kierunku upragnionego łóżka. To, że po sekundzie każda leżała już w swoim, po podróży, było niemal odruchem bezwarunkowym. Te miękkie poduszki wydają się wołać do mnie:  Przytul mnie, choć na chwilkę, na momencik!!!
Ale nie poddaję się i po „doprowadzeniu się do stanu używalności” wyruszamy całą grupą na podbój BRUKSELI.
Stop!! Jeszcze zdjęcie na pamiątkę pod hotelem…. Pstryk; ok już możemy iść.
A więc naszą wędrówkę kierujemy w stronę głównego rynku. Ale żeby się tam dostać przemierzamy ulicę pełną ekskluzywnych, drogich butików, których szyldy głoszą znane światowe marki. Ach… jakby to wspaniale było mieć choć jedną parę szpilek od Jimmiego Choo czy sukienkę od Diora. Ale cóż wróćmy do rzeczywistości. Właśnie dotarliśmy do Placu Sprawiedliwości, nazwanego tak od Pałacu Sprawiedliwości, który znajduje się obok. Szczerze mówiąc ta monumentalna budowla zrobiła na mnie naprawdę piorunujące wrażenie. Plac to także wspaniały punkt widokowy na miasto.
Kilka pamiątkowych zdjęć i możemy iść dalej. Właśnie idąc jedną z uliczek dostrzegliśmy z panem Gellerem  niezwykły sklep z bogactwami oceanów tzn. ogromnymi muszlami, zasuszonymi ukwiałami. Łaał, robi wrażenie. Po kilku minutach przechodzimy przez urokliwy skwer z ciekawymi drzewami. A jeszcze ciekawsze jest to że na bramkach które go otaczają, wygrawerowane są różne sentencje. Hmm… szkoda tylko że nic nie rozumiem. Idziemy w kierunku słynnego Manneken Pis, czyli figurki siusiającego chłopca z 1619, która jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Brukseli na świecie. Kiedy w końcu tam dotarliśmy większe wrażenie zrobił na mnie tłum ludzi, który koniecznie chciał zrobić sobie zdjęcia z bezwstydnie  siusiającym na środku ulicy „chłopcem”. Przez chwilę nawet poczułam się zagubiona, ale wystarczył szybki zwrot i już podążałam za naszym przewodnikiem w kierunku Grand Place, czyli głównego rynku miasta.
Tak, i to jest to. Rynek, czy jak kto woli Grand Place jest wprost oszałamiający. Nie sposób ogarnąć wzrokiem jego wspaniałości. Już trochę boli mnie szyja od zadzierania głowy do góry i kręcenia nią na wszystkie strony, no ale inaczej się nie da. Ratusz spodobał mi się najbardziej. Jego gotycka lekkość , liczne arkady i strzelista wieża sprawiają że ma on bardzo reprezentacyjny charakter.
Ponadto na rynku jest także rezydencja królów hiszpańskich-Maison du Roi. Ale to jednak ratusz skradł dzisiaj moje serce.
Teraz spacerkiem zmierzamy w kierunku Katedry św. Michała i św. Guduli. Szczerze powiedziawszy nie lubię zwiedzać kościołów. Cóż, ale nie tym razem. Bruksela już nie po raz pierwszy mnie dziś zaskoczyła. Budowla przypomina bardziej słynną Notre Dame z Paryża, niż kolejny nudny kościół do zwiedzania. Liczne witraże znajdujące się wewnątrz bardziej sprawiają wrażenie misternych malowideł niżeli obrazów z miliona kawałków szkła. Pani przewodnik chciała podejść z naszą grupa bliżej aby móc lepiej je zobaczyć, ale jak to powiedziała: ” (…) niekulturalny cieć nie chce nas wpuścić.” Ufff, jak to dobrze że on nas nie rozumie.  Miłym akcentem było także zdjęcie naszego błogosławionego papieża Jana Pawła II które upamiętnia jego wizytę w katedrze.
Następnie nasze kroki kierujemy w bliżej nieokreślonym kierunku. Jak się później okazuje naszym celem jest Królewskie Muzeum Sztuk Pięknych.  Niestety „rozlazłość” naszej grupy sprawia że jestem na końcu i nie dane mi jest usłyszeć  o tym miejscu czegoś ciekawego z ust naszej przewodnik , a  poza tym w skupieniu przeszkadza mi burczący brzuch, który donośnie domaga się jedzenia. Kochany żołądku, wytrzymaj jeszcze troszeczkę!
Po zobaczeniu Pałacu Królewskiego, udajemy się na upragnioną kolację.  Tam czeka na nas prawdziwie królewska uczta. Krewetki, ośmiornice, ryby, warzywka, owocki  i deserrry… to właśnie to czego mi potrzeba. Moje podniebienie rozkoszuje się każdym kęsem. Mmmm , wręcz siódme niebo. Ale wszystko co piękne kiedyś się kończy. Po trzech godzinach konsumpcji, emocjonującego śledzenia wyniku meczu tenisowego naszej rodaczki Agnieszki Radwańskiej i kilku anegdotach pana Gellera, wracamy do hotelu. Ale po drodze, w autokarze, jedna z uczestniczek naszej wycieczki dostaje napadu histerycznego śmiechu, co wprawia mnie i moich przyjaciół w wyborny nastrój.
Resztę wieczoru spędzamy w hotelowym pokoju ponownie przeżywając atrakcje minionego dnia.

3 czerwca, poniedziałek, godz.7:20
 
Nie, tylko nie to, właśnie słyszę to, co najmniej bym chciała - dźwięk mojego budzika. Rozsądek podpowiada aby wstać i skierować się w stronę łazienki, ale serce mówi żeby zostać jeszcze w łóżku.
Cóż, tym razem wygrywa rozsądek i właśnie wlokę się powolnym krokiem pod prysznic. Po kąpieli, już rozbudzona, wracam do pokoju i po cichu, aby nie obudzić dziewczyn pakuję się. Przez moment przechodzi mi przez myśl, aby już je obudzić. Ale już po chwili rezygnuję z tego pomysłu. Większy ubaw będę miała obserwując je ganiające po pokoju 5 minut przed śniadaniem. Haaaa, i miałam rację, na 20 minut przed wyjściem wstała Majka i zajęła łazienkę,  chwilę po niej Martyna. I zaczęło się: „Majka wychodź już, zostało 10 minut!”, „Boże, ja nie zdążę się spakować”.
Po krótkim porannym zamieszaniu idziemy zjeść śniadanie, a potem po zaniesieniu bagaży do autokaru udajemy się na spacer w kierunku  parlamentu.
Idziemy przez centrum oglądając okolicę i w końcu docieramy do celu. Wcześniej mijaliśmy aleję Solidarności, która ciągnie się wzdłuż parlamentu. Została ona tak nazwana dla upamiętnienia zakończenia strajków w Stoczni Gdańskiej w 1980.
Właśnie robimy kilka pamiątkowych zdjęć, kiedy pod parlament podjeżdża eskorta policji, a następnie ekskluzywna limuzyna. Zapewne to jakiś ważny polityk przyjechał właśnie do pracy. Ale wygląda to niczym scena z filmu akcji.
Wejście do parlamentu rozpoczynamy od przejścia przez słynne bramki magnetyczne. Właśnie kierujemy się do sali, gdzie oglądamy makietę parlamentu i robimy zdjęcia na tle flag wszystkich państw Unii Europejskiej. Następnie spotykamy się z pracownikiem parlamentu, który krótko objaśnia nam zasady funkcjonowania UE i Parlamentu Europejskiego. Kolejną atrakcją jest spotkanie z europarlamentarzystą Jackiem Kurskim, który natomiast przybliża nam program frakcji,  w której działa. Teraz już tylko obiad w parlamentarnej restauracji, krótkie zakupy słynnych belgijskich czekolad i możemy wracać do domów pełni wrażeń.

 

 

 

Relację z wyjazdu przygotowała dla Was Maja Stanisławska.